• 11 grudnia 2016

Romet Kadet – reaktywacja, cz.1: rozbiórka

Romet Kadet – reaktywacja, cz.1: rozbiórka

1024 771 e-mechanicus.pl

Zacznijmy od początku: jest rok 1994. Jestem u rodziny w miejscowości Stradów. Stradów to mała wieś, gdzie każdy każdego zna, życie płynie wolno, a asfaltu jest tyle żeby można było dojechać do kościoła bez ubrudzenia traktora jadąc na niedzielną sumę. Bardzo ciekawą rzeczą jest tutaj zamczysko, gdzie kilka lat temu, pomiędzy IX a XI wiekiem, było grodzisko. Dosyć spore jak na ówczesne czasy. Oprócz zamczyska, nad oborą mojego pra-wujka (czyli brata mojej babci), stał duży super motor, na którym bardzo chciałem pojeździć. Był to Romet Kadet, rocznik ’87 (ej, wtedy był naprawdę duży…). Gdy jako dziecko odwiedzałem rodzinę, zawsze musiałem iść po schodach bez poręczy do tego magicznego miejsca, gdzie pełno było ziarna, żeby na nim usiąść i wyobrażać sobie jazdę po pobliskich polach. W końcu, po 20 latach dziecięcych marzeń, przyszedł czas na ich urzeczywistnienie. Po rozmowach, uzgodnieniach i negocjacjach z pra-wujkiem Romkiem (a wyglądały tak:

-wujku, mogę wziąść ten motorek znad obory?

-jak chcesz to bierz),

przyszedł czas na to, żeby Romet po ponad 20-stu latach ujżał światło dzienne. Wyglądał on tak:

Biedny, opuszczony, zapomniany Romecik był cały w kurzu, błocie, brudzie i innym paskudztwie na literę „B”. Nawet nie próbowałem go odpalać, bo: 1. bak nawet nie pachniał benzyną (celowo nie piszę „nie śmierdział”, bo dla prawdziwego fana motoryzacji benzyna to afrodyzjak), 2. jakby działał, to będąc dzieciakiem przejechałbym się nim chociaż raz.

Przy okazji: zwróćcie uwagę na te zarąbiste chlapacze w szachownice z Fiata 125p!

Romecik musiał jakoś dotrzeć do warsztatu, a że w moim Audi 80 nie było miejsca dla mnie, mojej mamy, babci, dwóch psów i całego Rometa w części pasażerskiej, to musiałem wepchać go do bagażnika. To był początek podróży Rometa do drugiego życia.

Plan był prosty: przywrócić stan fabryczny Rometa. Plan wydawał się prosty, bo motorek wyglądał może i brzydko, ale dostrzegałem w nim wewnętrzne piękno, które chciałem wyciągnąć na zewnątrz. Niestety, jak się później przekonałem, wewnętrzne piękno minęło, zanim go jako dziecko pierwszy raz zobaczyłem….

Ale opisując wszystko po kolei: na pierwszy ogień trzeba było wszystko rozebrać w drobny mak. Pierwsze, co mi wpadło w ręce, było tylne koło.

Przy rozbiórce założyłem, że będę korzystać w miarę możliwości ze wszystkich części, które wykręciłem. Nawet ze szprych, które były zardzewiałe. Z początku szło mi całkiem dobrze, bo w ciągu 30min wykręciłem ok. 10 szprych. Na szczęście 11 szprycha nie chciała współpracować i się urwała. Wtedy mnie naszła refleksja: kurde balans, jeżeli tak jeszcze inne 10 szprych są w podobnym stanie jak ta urwana, to nie daj Panie na takich jeździć. Przecież to krzywdę człowiek może sobie wyrządzić. Dlatego doszedłem do wniosku, że należy zmienić metodę demontażu piasty od obręczy. Efekt widoczny jest poniżej.

W ruch poszły obcęgi do cięcia blach. Wziąłbym takie do obcinania drutu, ale takich nie miałem na warsztacie.

A tak wyglądała tylna piasta po demontażu:

Tak jak można było się spodziewać: wszystko brudne, łożyska zalepione, i wszędzie sporo piachu. Części narazie nie kupowałem, bo chciałem wszystko rozebrać, zrobić listę co mi będzie potrzebne i wtedy kupować wszystko hurtowo. Ale zanim przeszedłem do rozbiórki kolejnych części składowych, postanowiłem że w miarę możliwości będę wszystko czyścić. Jak postanowiłem, tak zrobiłem. A oto efekt:

Obręcz przed czyszczeniem:

A tu po czyszczeniu:

A tu niespodzianka jaką wyciągnąłem z koła:

Jak to na wsi, i to jeszcze w czasach ubiegłej epoki, było pewnie ciężko o części do czegokolwiek. Dlatego wujkowie (synowie mojego pra-wujka Romka) wyciągnęli dętkę pewnie z jakiegoś roweru i wsadzili do Rometa. Sam bym tak w ostateczności zrobił, bo lepiej gdy napędza silnik niż nogi. Albo: byli takimi partaczami, że montowali wszystko, co wpadło im w ręce. Tak szczerze powiedziawszy, obstawiam to drugie. Szczególnie jak zobaczyłem efekty „napraw” innych podzespołów.

Na kolejny ogień rozbiórki poszły kierownica i inne akcesoria, tj. siodełko, lampy, podnóżki itp. Tak jak wcześniej: demontaż=czyszczenie.

Tutaj zdemontowana kierownica:

I to jak ona wyglądała z bliska:

Efekt zabiegów konserwacyjno/czyszcząco/dopieszczająco/odnawiających wyglada tak:

Dalszy ciąg demontażu:

Apropo podnóżki: przez to, że niedokładnie ją wyczyściłem z błota (tak tak, lenistwo…), nie została dokładnie wyśrutowana (o szczegółach będę pisać dalej). Efekt był taki, że błota nie wyśrutowało, tak samo jak lakieru znajdującego się pod nim. I musiałem to poprawiać. Ręcznie. Dlatego przestrzegam, żeby robić wszystko dokładnie 😉

Tymczasem demontaż przebiega pełną parą:

Jedna z moich porażek warsztatowych (bedę pisać o tym później):

A to znowu element, z którego później będę zadowolony 😀

Wiecie, co sobie pomyślałem, jak zobaczyłem ten przebieg?! „ŁŁAAAAAAAAAA!!! JAKI CUKIERECZEK! NÓWKA FUNKIEL NIEŚMIGANY!” Jak już mówiłem wcześniej-los miał już wtedy przygotowany nóż do wbicia w moje plecy…

Przełącznik świateł:

Może komuś się to zdjęcie przyda: elektryka od środka

Nie pytajcie, co to za przewód po lewej, bo nie wiem… Tylko skąd on się tam wziął?

Nie mogło też zabraknąć jednej z najciekawszego elementu każdego jednośladu napędzanego silnikiem spalinowym – manetka gazu:

Poniżej przedstawiam jeden z elementów systemu mocowania linki hamulca do klamki:

Klamka hamulca przedniego:

I lusterko, tzn. uchwyt lusterka, bo szkła to już tam dawno nie było:

Teraz przechodzimy do najciekawszego, a mianowicie do serca Rometa: 50cm3, magiczne, zrzucające z siedzenia 1,8KM. Tak, mowa tu o jednocylindrowym silniku w układzie rzędowym Dezamet 023!

Silnik był cały oblepiony błotem i olejem. Ale co tam, i tak wszystko będzie myte 🙂 Zabieramy się do rozbiórki:

Pierwsza rzecz: spuszczenie oleju przekładniowego: o dziwo, był czysty

Następny był gaźnik z powykrzywianymi szpilkami:

Następnie przyszła kolej na głowicę. Spójrzcie na kapturek świecy. Widzicie ten drucik? Kolejny „alert” druciarstwa. A poniżej „serce serca” – tłok

Znający się na rzeczy czytelnicy zauważą od razu, po czym zadadzą sobie pytanie: „zaraz, to jest Kadet, czy Komar?” Ja dopiero później się zorientowałem, że tutaj jest coś nie tak. Oglądałem inne Kadety w internetach i się zastanawiałem, dlaczego tamte mają cylinder kwadratowy, a mój jest owalny? Doszedłem do wniosku, że wujki w ramach naprawy podmienili cylinder z jakiegoś Komarka. A i tak miałem zamiar go wymienić…

Z każdym takim widokiem czar nowego motorka odlatywał w siną dal…

I wszędzie błoto…

Pacjent w pełnej okazałości:

Bardzo ładnie widoczny nagar na tłoku:

I linka sprzęgła:

Gadanie gadaniem, a tymczasem dobieramy się do „bebechów”:

Na zdjęciu powyżej widoczne jest sprzęgło, tzw. wielopłytkowe. Składa się z dwóch tarcz z „kawałkami” korka naklejonymi po obwodzie, i trzech tarcz stalowych. Tarcze korkowe (te takie brązowe – na poniższym zdjęciu) mają wypustki na zewnątrz. A te drugie, cale stalowe, maja wypusty do środka. Stalowe tarczki są połączone tymi wypustkami z silnikiem, czyli one cały czas obracają się z silnikiem. Jak sprzęgło jest puszczone, to tarczki stalowe są ściskane z tarczkami korkowymi, tarczki korkowe obracają się razem z silnikiem, przenoszą napęd przez te wypustki na dzwon, i napęd jest przenoszony dalej na skrzynię. Naciskając na sprzęgło, powodujemy poluzowanie się tarcz między sobą. Przez to tarczki się obracają między sobą swobodnie. Wtedy napęd już nie jest przenoszony i możemy spokojnie zmieniać bieg.

To są te elementy „współgrające” z tarczami sprzęglowymi:

Tu w pełnej okazałości dzwon, który przenosi napęd na tą dużą zębatkę widoczną na zdjęciu.

Po demontażu sprzęgła widoczne są łożyska i wałki:

Następnie przechodzimy do rozkręcania karterów:

Voilà – kartery rozbite. Poniżej widoczny karter od strony sprzęgła:

I drugi karter, ze skrzynią biegów:

Ładne zdjęcie, prawda?

Przestrzegam potencjalnych mechaników Rometa: przy składaniu ten palec ma swoje konkretne miejsce w karterze. Pamiętajcie o tym!

Przyszła kolej na drugą stronę silnika. Widzicię tą dźwignię zmiany biegów? 😀

Predom Dezamet – prawie jak Yamaha, albo Mercedes-Benz 🙂

Kolejny rodzynek 🙁

Po zdjęciu pokrywy oczom ukazało się koło magnesowe i mechanizm zmiany biegów:

Błoto, wszędzie bloto…

Tutaj jest wałek kopniaka ze sprężyną odbijającą „kopkę” do pozycji wyjściowej.

Tu w ręce trzymam taką specyficzną śrubkę – służy ona jako zawias dla mechanizmu zmiany biegów – swoją drogą, ten mechanizm to bardzo ciekawy patent.

Mechanizm zmiany biegów. Jak się dobrze przyjżycie, to zobaczycie wyrwę spowodowaną zbyt luźnym łańcuchem.

Tego pamiętnego dnia skończyłem na kole magnesowym. Nie miałem wtedy klucza do jego ściągnięcia.

28 maja 2015 roku. Kolejny dzień rozbiórki. Tym razem rozprawiam się z ramą Rometa. Czyli częścią, która najbardziej przypomina motorower. Jeszcze…

Na pierwszy rzut oka wpadły mi amortyzatory, a mianowicie sprężyny:

Wiecie może, po jaką cholerę są te podkładki trójkątne przy dolnym mocowaniu „amortyzatorów”? Czy to jest kolejny patent wujków?

A tutaj tył w pełnej okazałości: gdyby ten chlapacz był w troszeczkę lepszym stanie…

Przy okazji pracy z ramą znalazłem kolejny rodzynek: który to z kolei?

Nie wiem, czy to miało służyć jako dodatkowe „kunie”, czy jako element uskrzydlający, czy czort wie co jeszcze, ale wzmocnienie w tym miejscu nie jest potrzebne…

Na tym zdjęciu widać taką gumę gaźnika. Taki „dyfuzor” mający na celu ukształtować strugę powietrza docierającą do filtra powietrza…… tak, już widzę jak konstruktorzy z Bydgoszczy pracujący przy rowerach zastanawiają się nad przepływami powietrza do silnika. A jeżeli nawet, to słabo im to wyszło, bo ta rurka odchodząca od tej gumy jest ślepa, tzn. kończy się na ramie. I jak to miało dobrze działać? Chyba że czegoś nie wiem…

A tu kolumna kierownicza w pełnej okazałości:

Nie wiem co trzeba robić, żeby wywlec tak dętkę:

Rozebrany amortyzator: jak widać nie jest zbyt skomplikowany, raptem 3 części. Szkoda tylko, że nie ma żadnego elementu tłumiącego, jak to powinno być w takim elemencie. Cóż: prostota, prostota i jeszcze raz prostota.

Poniżej widać schowek na jakieś drobnostki lub niezbędne narzędzia. Szkoda, że nie zmieści się tam żadna walizka z nasadkami, śrubokrętami i grzechotkami.

Tylna lampka z tablicą rejestracyjną:

Oraz wnętrze w/w lampki:

Po zdjęciu błotnika oczom mym ukazał się znajomy już obraz: błoto. Widać też przewód tylnego hamulca w dwóch kolorach. Bo jak już coś malować to trzeba to malować porządnie.

Widok na stopkę i mocowanie wahacza:

Po demontażu tylnych części przyszedł czas na przód:

Zbiornik paliwa od „d***” strony, trzyma się na dwóch śrubach

W końcu dochodzimy do końca rozbiórki – golutka rama poniżej. Jest widoczny następny rodzynek po wujkach. Ja go dopiero zobaczyłem przy dalszych pracach, ale dla dociekliwych daję zagadkę, na którą odpowiem później 🙂

Ponownie zbiornik paliwa, tym razem w widoku „od góry”:

I ostania rzecz czekająca na demontaż – widelec z kołem:

Tego dnia prace zostały zakończone, po sprzątnięciu wszystkiego poszedłem zna zasłużony browarek 😉

Dzień 30 maja 2015. Dzień, w którym pod Romecie zostaje sterta części (wg niektórych „kupa złomu”, ale jeszcze będą się chcieli na nim przejechać – już widzę ich miny, gdy na pytanie: „dasz się przejechać?” odpowiem im: „kup se, i se wyremontuj, to se pojeździsz”). Przejdźmy do meritum, początek prac wyglądał tak:

Cóż, widok rozpaczy i zgryzoty. I ponawiam pytanie: co się stało z tą dętką, że wygląda to tak, jak wygląda?

Tymczasem koło powiedziało widełkom „adieu”. I trzeba było demontować dalej. Na zdjęciu ślimak prędkościomierza (oczywiście w błocie):

Dalsza rozbiórka: poniżej widoczny system hamowania Rometa. Ot, zwykły hamulec bębnowy.

Tu z bliska pokazany „rozpierak” szczęk. Jest to jeden z przykładów, jak w Romeciku wszystko jest proste. Czyli takie, jakie być powinno 😉

A tutaj już wszystko rozczłonkowane:

Po tym trzeba było zdemontować oś:

Ślimak prędkościomierza: za niedługo zostanie rozwiązana zagadka niskiego przebiegu (domyślacie się, jaka?)

Tutaj tego nie widać, ale uszkodzony był ślimak, czyli to duże koło na samej górze. Jak to się stało? Za słaby materiał? Pewnie tak, już nie zrzucajmy całej winy na wujków 🙂

Piasta oczywiście musiała zostać odseparowana od obręczy. Tym razem użyłem bardziej humanitarnej metody – kątówki i tarczy do cięcia:

Tadaam!

Widać ząb czasu odbity na obręczy, niestety była dużo gorsza niż tylnia

Dwie obręcze obok siebie: jedna po renowacji, a druga przed

Ostatni zespół do rozbiórki: widelec, „lagi”, błotnik i inne akcesoria:

Ten etap nie był tak ekscytujący jak poprzedni, dlatego nie będę się tak rozpisywał, bo nie ma specjalnie o czym.

Odkręcony błotnik:

Mała zagadka z „lagami”: żeby je zdjąć, to trzeba je wykręcić. Ale już nie pamiętam w którą stronę, ale chyba tak, jak normalną śrubę::

Ostatnia część z rozbiórki: miseczka łożyska. Przydał się do tego cienki śrubokręt, młotek i przecinak. Większego problemu nie było:

Niniejszym doszliśmy do końca części pierwszej reaktywacji Rometa. Zapraszam do następnej części: montaż.