• 11 grudnia 2016

Romet Kadet – reaktywacja, cz.2: składanie

Romet Kadet – reaktywacja, cz.2: składanie

1024 614 e-mechanicus.pl
Jak to się mówi: „jak żeś rozebrał, to teraz poskładaj”. Długo siebie namawiać nie musiałem, ponieważ do spełnienia jest marzenie czterolatka zaszytego głęboko w mojej głowie. Z góry przepraszam za jakość zdjęć – pod ręką miałem tylko mój kalkulator z funkcją dzwonienia, pisania SMS i robienia pseudo-zdjęć. Przez to nie są do końca widoczne szczegóły, które chciałem Wam pokazać. Żeby nie przedłużać: łapiemy zestaw kluczy, włączamy radio i zabieramy się za składanie silnika.

Przed rozpoczęciem składania czegokolwiek, należy wszystko bardzo dobrze wymyć, wyczyścić i PRZEGWINTOWAĆ OTWORY GWINTOWANE. Naciskam na to, ponieważ może to zapobiec późniejszym uszkodzeniom gwintów, a tego chcemy uniknąć, prawda? Polecam do tego benzynę, pędzelek i miskę, w której będziemy to robić. A dla jeszcze lepszego efektu wizualnego zalecam wszystkie elementy aluminiowe wyszkiełkować. To jest takie piaskowanie, tylko zamiast piasku używa się drobnych kulek szklanych. A dlaczego nie piasek, albo korund? Bo aluminium jest na tyle miękkie, że powierzchnia elementów mogłaby zrobić się chropowata, przez co zbierałby się tam z dużą łatwością brud. A efekt jest bardzo ładny, tak jakby elementy dopiero co wyszły z maszyny odlewniczej. Niestety, moje kartery wyglądały na pierwszy rzut oka na nowe, ale rzeczywistość miała dla mnie niemiłe niespodzianki. Poniżej pierwsza z nich:

A to druga z nich:

Trzecia niespodzianka to typowe uszkodzenie Dezametów 023 (pilnujcie dobrego napięcia łańcucha!):

Podejrzewam, że wyrwany gwint szpilki cylindra to niecodzienny widok, nawet dla profesjonalnego mechanika. Nie mam zielonego pojęcia, w jaki sposób doszło do takiego uszkodzenia. Mam nadzieję, że się kiedyś dowiem, jak tylko spotkam się z wujkami. Ale co zrobić z tym fantem, przecież nie będę kupować nowego silnika, prawda? Zaniosłem karter do spawacza amelunium (tego nie pomalujesz!) który sprytnie napawał otwór. Na tyle dobrze, że można już było wkręcić jedną szpilkę. Podczas przykręcania drugiej szpilki sztylet losu wbijał się w moje plecy coraz mocniej – zerwany był drugi gwint. Tutaj z pomocą przyszedł drugi mechanik, który zamontował wkładkę naprawczą (naprawdę ciekawy patent!). Po naprawie gwintu trzeba było posklejać ubytki niespodzianek nr 2 i 3.

Niespodzianka nr 2 dotyczyło rowka pod oring uszczelniający wałek startera:

Łatwo się domyślić: po lewej: stary, po prawej – nowy.

Uszkodzenie było takie, że „wepchało” materiał w miejsce, gdzie powinien być w/w oring. Dlatego musiałem małą wiertarką z małym frezem „zebrać” nadmiar materiału żeby zrobić miejsce na uszczelnienie. Efektem była dziura na wylot. Oczywiście trzeba było ją zakleić klejem do amelinium.

Efekt przed klejeniem:

I efekt po klejeniu:

Na sam początek należy wbić łożyska w kartery. Sposoby są różne: albo wciska się łożyska za pomocą prasy, albo wykorzystuje się rozszerzalność cieplną – łożyska wkładamy do zamrażarki (niektórzy twierdzą, że to zła metoda, ponieważ w zamrażarce łożyska łapią wilgoć i zaczynają rdzewieć) a kartery nagrzewamy na kuchence. Ja wybrałem tą drugą metodę. Włożyłem pierścienie Segera, mój tata nagrzewał kartery, a ja wbijałem zimne łożyska. Potrzebne do tego są: deska drewniana na której kładziemy karter, młotek i jakiś trzpień o szerokości trochę mniejszej od średnicy zewnętrznej łożyska. Pamiętajcie, że łożyska nie wbija się przez pierścień wewnętrzny!

Przy montażu wałka startera zauważyłem, że wielowypust jest ukruszony:

Dobrze, że jest dużo części zamiennych do tego sprzętu. Jak tylko otrzymałem brakujące elementy, wziąłem się za montaż całego wałka:

Wałek poskładany, więc bierzemy się za montaż karterów:

Polecam zacząć od montażu wału korbowego, bo później pozostałe podzespoły się nie wysypują…

Ale jak to zrobić? Wcześniej napisałem żeby zacząć od montażu łożysk w kartery, jednak niektórzy w internetach twierdzą, że powinno się łożyska założyć na wał, a dopiero potem wszystko wkładamy w połówki. I tu uwaga: nie wbijamy wału młotkiem! Można w ten sposób pokrzywić wał, a taki nadaje się tylko na półkę jako ozdoba albo eksponat. Przestrzegam też przed ściskaniem wału karterami poprzez skręcanie obu połówek (czyli przed takim czymś: włożenie wału w karter z łożyskiem, dobicie go na tyle, ile się da, potem włożenie drugiego karteru na wał na tyle ile się da, a następnie skręcanie śrub łączące obie połówki – TAK TEŻ NIE RÓBCIE! MOŻECIE ZERWAĆ PRZEZ TO GWINT!). Głupio o tym mówić, ale ja właśnie w ten sposób załatwiłem sobie wał. Niby wszystko poskładane, ale jak zakręciłem wałem to były dosyć spore bicia.

Więc jak? Ja zamontowałem to poprzez wciąganie – i to dosłownie! Wyobraźcie sobie, że macie otwór w swoim biurku. Od dołu wkładacie śrubę, a od góry przykręcacie nakrętkę. Do końca. Co się dzieje ze śrubą? Bardzo ładnie jest „wciągana” do góry. I na tej samej zasadzie zamontowałem drugi wał. Pamiętając oczywiście o wszystkich uszczelkach.

Na tyle udało mi się docisnąć wał (oczywiście nie młotkiem!)

A tak wyglądały dystanse które były potrzebne do wciągnięcia wału:

Nie wiem, czy to jest najlepsza metoda, ale u mnie raczej zadziałała. Raczej, bo jeszcze go nie odpaliłem 🙂 Ja przy tej okazji zniszczyłem chyba 2 nakrętki, dlatego polecam zaopatrzyć się w kilka sztuk. I ostatnia uwaga: nie skręcajcie wału załapując nakrętkę na jeden zwój gwintu, bo możecie uszkodzić gwint na wale! Im więcej gwintu załapiecie tym lepiej.

Efekt końcowy tej operacji wyglądał tak:

Na następny ogień poszedł gaźnik. Przy tym los również nie potraktował mnie łagodnie. Okazało się, że zepsuta jest pompka paliwa i krzywy jest króciec przyłączeniowy do cylindra (ściślej mówiąc ten „haczyk”, nie wiem do końca jak to nazwać, w każdym razie trudno go było przykręcić do cylindra). Z tym drugim nawet sobie poradziłem, ale z tą pompką już nie. Dlatego musiałem kupić drugi, używany. Po zabiegach pielęgnacyjnych prezentował się tak( ten nowy jest po prawej stronie):

Jak się dobrze przyjrzycie, to zobaczycie zadrapanie na tym starym gaźniku. Podejrzewam, że motorek musiał ładnie lecieć, zanim spotkał się ponownie z ziemią. A mówiąc ściślej, zanim wylądował na gaźniku. Podejrzewam, że takich lotów Romecik miał niejeden…

Efekt zmontowania głównego ustrojstwa przedstawiony jest poniżej:

Dalej już idzie gładko. Sprzęgło, aparat zapłonowy, uszczelki, silikon i silnik zmontowany 🙂

Apropo jeszcze silnika: przy montażu cylindra okazało się, że każda szpilka „patrzy” w swoją stronę. Będąc bardziej precyzyjnym: nie były względem siebie równoległe. Przez to miałem problem z nałożeniem uszczelki i cylindra. Poradziłem sobie poprzez wygięcie szpilek i równoczesnym nakładaniu podzespołów. Było trochę trudno, ale dalem radę 🙂

Drugie apropo: w międzyczasie kupiłem na jednym serwisie aukcyjnym używane kolanko z tłumikiem chromowanym. Zdecydowałem się na taki zakup bo stary tłumik wylądował na złomie po mojej próbie naprawy, a kolanko wyglądało brzydko. Wracając do mojego zakupu: na zdjęciu wszystko wyglądało na ładne, ale jak tylko otworzyłem paczkę, to opadły mi ręce:

Boże, chroń mnie od takich MacGyverów…. Tłumik z kolankiem oczywiście zwróciłem. Postanowiłem, że moje stare kolanko jeszcze nie jest takie złe, a tłumik kupiłem nowy.

Kolejnym etapem były koła. Do nich musiałem kupić ok. 90% nowych części. Stare zostały tylko piasty i obręcze. Tak jak zwykle, bez komplikacji się nie obeszło. Specjalnie rozpisywać się na ten temat nie ma co, bo tekstu i tak jest sporo, a czytelników chyba najbardziej interesują zdjęcia:

Na powyższym zdjęciu widzicie nowe szczęki hamulcowe. Problem polegał na tym, że nie mogłem tego kompleksu hamulcowego włożyć w piastę. Powodem było wystawanie szczęk poza bieżnię, w którą miały wejść. Z tego względu musiałem zeszlifować te powierzchnie szczęk, które współpracują z rozpierakiem (to ta czarna część powodująca rozpychanie szczęk w celu hamowania). Trzeba to zrobić z odpowiednią uwagą, bo te powierzchnie powinny być równe i równo przylegać do tego rozpieraka.

Tak wygląda „goła” piasta przednia:

Więcej zdjęć piast nie mam, ale za to zamieszczam poniżej ładne zdjęcia napędu licznika. Tu się objawiła tajemnica niskiego przebiegu motorka. Otóż zepsuta była ślimacznica, przez co koło nie napędzało licznika (bebechy zamontowałem oczywiście nowe 🙂 ). Podejrzewam, że to był przebieg, przy którym wujki wykorbiły pierwszego orła na wiejskich dziurach.

Po zmontowaniu piast, przyszedł czas na przewleczenie szprych. Zagadka ta nie jest trudna, tylko trzeba zachować konsekwencję i uwagę. Za pierwszym razem, gdsy zostało mi 6 szprych do przewleczenia, zorientowałem się, że gdzieś popełniłem błąd. Dlatego musiałem sie cofnąć. Ale summa summarum udało się zarówno ze szprychami, jak i z centrowaniem. A jak to zrobić? Odsyłam do wujka Google, jest sporo artykułów na ten temat. A tymczasem napawajcie się widokiem „nowych” kół:

Koło tylne:

I przednie:

Nastał w końcu dzień, w którym wziąłem się za ramę. Jest to chyba największa porażka tego motorka. Popatrzcie sami:

Jak widzicie, cała kolumna kierownicza straciła kontakt z pozostałą częścią Romecika. Niczym innym nie potrafię wytłumaczyć, po co wujki wzmacniali przypadkowymi kawałkami blachy i prętem główkę ramy. Wątpliwości rozwiewa spaw prowadzony dookoła główki. Tu miałem poważne rozterki, czy w ogóle nie kupić drugiej ramy, ale w końcu postanowiłem ją zostawić. Wyciąłem te pseudo-wzmocnienia i wstawiłem swój kawałek blachy o grubości 3mm. Podejrzewam, że po takich zabiegach rama będzie krzywa, ale mam nadzieję że to nie będzie aż tak odczuwalne 🙂

Po wycięciu wielu „wrzodów” na ramie i na stopce (pamiętacie te żebrówki?) musiałem przygotować wszystkie elementy lakierowane do ponownego pomalowania. Wybór padł na malowanie proszkowe w mojej pracy, ze względu na… lenistwo. Jakoś tanio nie wyszło, bo same proszki, tzn. podkład cynkowy 1kg i pigment RAL 2002 1kg kosztowały 125zł z wysyłką. Zostało chyba po 0,4kg obu proszków, których prawdopodobnie już nigdy nie użyję. A czemu nie malowanie na mokro? Z tym sposobem też jest kłopot, bo nikt takich elementów nie chce malować, a jak już chce to kosi niewyobrażalny pieniądz. Nie dziwię się, bo take elementy jak rama maluje się słabo. Wracając do tematu: przed malowaniem trzeba było zerwać cały lakier. Przed przystąpieniem do pracy, chciałbym Wam pokazać elementy przed piaskowaniem:

Przez tą czerwień karminową prześwituje oryginalna barwa typu cynober – Romecik już raz przeszedł proces odmładzania.

Powyższe zdjęcie przedstawia dwa błotniki: ten po prawej stronie jest zdemontowany z Romecika, a drugi pochodzi prawie bezpośrednio z fabryki w Bydgoszczy 😀 błotnik jest nowy, mam nawet bibułę z naklejką Rometowskiej Wytwórni Marzeń Każdego Młodego Polaka 🙂 Tutaj należą się podziękowania dla mojego brata za załatwienie takiego artefaktu.

A tak wyglądają po piaskowaniu:

Prawie wszystkie elementy piaskowałem ręcznie w kabinie do piaskowania. Umęczyłem się niemiłosiernie, ponieważ miałem pistolet przeznaczony bardziej dla hobbysty niż dla profesjonalisty. Tego dobrego, firmowego nie mogłem użyć. A to z tego względu, że piaskarka w pracy służy do piaskowania aluminium i stali nierdzewnej. Jeżeli wypiaskowałbym stal w tej kabinie, to później nierdzewka po wyjściu z takiej „zanieczyszczonej” kabiny zaczęłaby rdzewieć. Zajęło mi to chyba ponad 6 godzin, a i tak nie zdążyłem wypiaskować baku. Ten element musiałem dokończyć w domu. Do takich celów mogę polecić środek do ściągania starych farb – naprawdę można zaoszczędzić sporo czasu i sił.

Pod wpływem działania tego środka lakier się bardzo ładnie łuszczy. Po paru minutach działania środka, stary lakier ściera się ścierką. Efektem jest czyściutka stal.

Ramę i wahacz zostawiłem na deser. One przeszły przez maszynę zwaną śrutownicą. To też jest taka piaskarka, tylko zamiast piachu jest śrut, kabina jest większa od tej, w której czyściłem poprzednie rzeczy, i służy bardziej do celów przemysłowych niż doraźnych. A dlaczego nie włożyłem do niej błotników i innych elementów? Ano dlatego, że mogłaby zrobić z cienkiej blachy ser szwajcarski. Wolałem nie ryzykować. Rama z wahaczem po śrutownicy wyglądały tak:

Jak pisałem w cz. 1, stopka nie była dobrze wymyta z błota, dlatego pozostały pewne niedociągnięcia. Wyczyściłem co było do wyczyszczenia, i zaniosłem do malarni 🙂 Pierwsza warstwa to podkład cynkowy:

A tak wyglądało nakładanie farby:

Narazie pokazuję tylko zafoliowaną „próbkę”, pomalowane na gotowo elementy będę sukcesywnie ujawniał 🙂

Mając poskładany silnik, pomalowane „nadwozie” i nowe części, korciło mnie żeby jak najszybciej nadać nowy, albo raczej stary kształt Rometowi. Nieważne w sumie jaki kształt, ważne że w nowej, wilczej skórze 🙂

Zaczynając kolejn etap, zacząłem jak zawsze – od końca:

Ładne widełki, prawda?

Mój pierwszy błąd: użyłem starych tulejek. Efektem tego są luzy na lagach. Niestety, psują obraz motoroweru, dlatego przestrzegam potencjalnych mechaników przed tym zaniedbaniem.

Zwróćcie uwagę na mały „pipsztyk” wystający pod osłoną. Ten trzpień wchodzi w „gniazdo” piasty, i ma dosyć poważne zadanie: blokue piastę przed przekręceniem podczas hamowania. Wiem, bo już przetestowałem 🙂 Jest to PRAWA sprężyna, patrząc od strony siedzącego kierowcy

Do pełnej kolumny kierowniczej brakowało m.in. błotnika i koła. Zakasałem więc rękawy i wziąłem się za skręcanie:

Te 2 otwory mają gwint drobnozwojowy, więc normalna śruba M10 nie przejdzie.

Tak wyglądają uchwyty błotnika. Prawda, że jak nowe?

Błotnik też tak jakby z Bydgoszczy dopiero co przyjechał 🙂

Pierwsze przymiarki:

Czy aby na pewno pasuje?

A co ma nie pasować, jak to wszystko z „jednej parafii” 🙂

Tak się prezentuje prawie cała kolumna (jeszcze czegoś tu brakuje):

Wszystkie śruby oczywiście nowe:

Tutaj już cały kompleks gotowy do zamontowania w ramie:

A skoro już o ramie mowa, to zobaczmy nasz materiał wyjściowy:

Stopka – element, który jako pierwszy zostanie zamontowany do ramy – przecież na czymś stać musi, prawda?

W komplecie do stopki jest sprężyna naciągowa. Ja ją pomalowałem taką znaną farbą, co to można na rdzę nakładać. Póki co wyczyszczona szczotką drucianą:

Stopka zamontowana, ale nadal brak stabilności:

Jak już tak montowałem ramę, to nie mogłem oprzeć się zamontowaniu wahacza. Poniżej na zdjęciu wbite tuleje i zafloiowany wahacz::

Voila: Romecik już stoi 🙂

Do montażu kolumny kierowniczej potrzebny jest komplet łożysk. Na tym etapie miałem pewien problem, o którym za chwilę:

Miseczki poszły gładko:

A to główny winowajca: średnica wewnętrzna bieżni wynosiła (z tego co pamiętam) 26,4mm. Natomiast średnica na widełkach wynosiła 27mm. Dzięki życzliwości firmy w której pracuję, bieżnia została roztoczona:

W końcu mogłem „ożenić” kolumnę kierowniczą z ramą 🙂

Poniżej znajdują się „klamoty” potrzebne do kierowania pojazdem. Kierownica dzięki wcześniejszym zabiegom pielęgnacyjnym wygląda jak ze sklepu. Śruby, tak jak wcześniej wspomniałem, są drobnozwojowe, dlatego musiały zostać stare. Tzn. ja je musiałem kupić na znanym serwisie aukcyjnym, bo swoje stare gdzieś zgubiłem 🙁 Później znalazłem jedną, druga natomiast chyba wyparowała…

Następny w kolejce do montażu czekał tylny błotnik (to nie ten, co to jeszcze w bibule Rometowskiej go dostałem, ten jest stary 🙂 )

Odnowienia wymagały plastiki, tj. osłona nad silnikiem i bagażnik. Osłona silnika była popękana i brudna. A w bagażniku grasowały chyba jakieś myszy, bo ta dziura wyglądała dosyć dziwnie:

Plastikowy pacjent nr 1 – osłona silnika. Macie pomysł, jak uzupełnić ten braK?

Ja pomysł mialem taki, żeby brakującą część uzupełnić przy pomocy blachy. W ręce mi wpadł mały arkusz o grubości 0,5mm. W sam raz do takich celów, ponieważ bardzo łatwo się da kształtować i ciąć.

No dobra, blaszka przygotowana? Ale co dalej? Jakieś pomysły?

Wyciętą blaszkę trzeba teraz przykleić do osłony, a resztę wypełnić szpachlą. Zestaw małego blacharza przedstawiony poniżej:

Pierwszy efekt (nie-)widzicie na poniższym zdjęciu:

Nie ma czego żałować, widok i tak był na tamtym etapie słaby. Lepiej wyglądają następne fotki:

A to jest efekt końcowy:

Plastikowym pacjentem nr 2 był schowek. Oprócz zaszpachlowania dziur trzeba było go pomalować. Wygląda prawie tak zniewalająco jak osłona, nieprawdaż?

Niestety, więcej zdjęć z montażu nie mam. Utraciłem je razem z telefonem, który posypał się podczas aktualizacji. Problemami, jakie napotkałem, to:

  • montaż koła magnesowego: tajwański szajs, które nosi nazwę iskrownika, miał za duże rdzenie (to chyba tak się nazywa element, który „otacza” cewkę). Przy próbie obrócenia wału z zamontowanym kołem magnesowym strasznie ocierało o w/w badziewie. W ruch poszła taśma klejąca, szlifierka kątowa i cierpliwość, której mi wtedy brakowało. A co zrobiłem? Naklejałem taśmę klejącą na rdzenie, zakładałem koło magnesowe, i obracałem parę razy wałem. Miejsce, gdzie taśma była pozrywana, trzeba było zeszlifować. Summa summarum, wszystko do siebie zaczęło pasować.
  • montaż silnika: nie dziwota, dlaczego miałem problem z wyjęciem silnika z ramy. Uchwyty były pokrzywione, dlatego ponowny montaż był utrudniony. Bez młota się nie obeszło…
  • montaż linek sprzęgła i hamulca: te chińskie g**na nie pasują tak, jak powinny. Fragment tulejki gwintowanej linki sprzęgła ułamałem, dlatego musiałem zaopatrzyć się w nową. Przed montażem pokrywy silnika od strony sprzęgła zwracajcie uwagę na prawidłowy montaż dźwigni sprzęgła. Wcześniej nie zaznaczyłem, pod jakim kątem był zamontowany, przez co straciłem sporo czasu na poprawianie tego ustrojstwa;
  • znalezienie masy: musiałem podpiąć się do silnika, a mianowicie do linki sprzęgła.
  • brak iskry: pomimo nowych elementów i (niby) prawidłowego poskładania silnika, nie mogłem znaleźć iskry. Szukałem jej wszędzie. Czasami nawet się pokazywała, ale chyba tylko na złość mojej skromnej osobie. Ale w końcu ją znalazłem. Ukrywała się w przerwanym przewodzie przy cewce zapłonowej. Te skośnookie cymbały pracowały przy tym chyba za miskę ryżu, bo gość który przy tym pracował, nie wykazał się żadnym pomyślunkiem, że może ktoś będzie miał z tym problem. A specjalnie kupiłem droższy, że niby lepszy…  za taki montaż należałaby się kara wybatożenia. Chodziło o to, że z cewki zapłonowej wystaje wkręt, w który należy wkręcić przewód WN. Był tak wkręcony, że… ehh, szkoda pisać. Wkręcony był, ale miedzi to tam w ogóle nie widziałem. Poprawiłem, zlutowałem fest, i… zapraszam do 3 części mojej relacji – JEDZIEMY!